środa, 20 lutego 2013

Odcinek drugi - O przygodzie z kompaktową wieża i o tym gdzie zgubiłem CD, MP3?

Ostatnim razem opisywałem początki mojej przygody z hi-fi. Dziś przejdziemy do czasów bardziej nam współczesnych czyli CD, MP3 i wieży SANYO.

Odcinek drugi - O przygodzie z kompaktową wieża i o tym gdzie zgubiłem CD, MP3?

Kiedy, tak jak pisałem w poprzednim poście, moja Santana 9010 zaczęła chorować na potencjometr, a jakości dźwięku nie mogłem już tłumaczyć analogowymi nośnikami, zacząłem powoli rozglądać się za nowym odtwarzaczem wszelakich analogów.

Decyzje o zakupie przyspieszyło dodatkowo, uszkodzenie jednego z kanałów S9010 co spowodowało, że cofnąłem się do czasów mono- lipa, jeśli wszędzie i wszystkim opowiada się o świetnej jakości winyli, i prowadzi się krucjaty przeciwko mp3.

Po przeszukaniu allegro, gumtree i innych serwisów ogłoszeniowych znalazłem wieżę SANYO DCX W8.
Co skłoniło mnie do kupna akurat takiego sprzętu? Zalety mógłbym śmiało wymieniać do końca tego posta, najważniejsze jednak stanowiły: cena (50 zł!) oraz komplet potrzebnych mi funkcji. Dodatkową zaletą sprzętu był jego stan- nówka nie licząc jednego z kaseciaków(delikatnie zużyty) oraz bardzo atrakcyjny wygląd (gusta:).
zdjęcie zaciągnięte z internetów (jak tylko odkopie moje zdjęcia obiecuję upload całej galerii)

Wieża, to komopaktowy sprzęt rodem z końcówki lat 80. Posiada analogowy zintegrowany tuner, 2xMC deck, gramofon i uproszczony trzykanałowy equalizer. Sprawdza się również jako wzmacniacz dodatkowego sprzętu dzięki pojedynczemu wyjściu AUX (2x Chinch).

Nie mam zarzutów dotyczących wyszukiwania stacji radiowych, odtwarzania kaset magnetofonowych czy też płyt winylowych.

Zastosowana w gramofonie wkładka to ST 48 D, stosowana często w tańszych konstrukcjach kompaktowych od opisywanego Sanyo, poprzez Sharp, Sony i nawet co poniektóre konstrukcje Technics. Wkładka cechuje się niską ceną, oraz niezniszczalnością (wniosek taki wyciągam z doświadczenia płynącego z wykorzystywania jej - ciągłego- przez 15 lat w sprzęcie mojego taty:).

Podwójny kaseciak, to typowo tania konstrukcja oparta o układ jedno głowicowy- bez szału. Pracował cicho i bez większych problemów, jednak nie polecam go dla fanów taśm magnetofonowych. Dźwięk był płaski i przytłumiony, co szybko zniechęcało do aktywnego słuchania muzyki z tego nośnika.

Po pewnym czasie, zamaniło mi się kupno odtwarzacza CD. Wcześniej nie wspominałem o tym bym był wielkim fanem tego nośnika, głównie z powodu niewielkiej kolekcji muzyki nagranej na CD. Moje zasoby opierały się tak jak pisałem wcześniej, głównie o płyty winylowe, kasety magnetofonowe i mp3.
Niemniej niska cena odtwarzacza jaki niedługo później kupiłem (i pragnienie posiadania) skłoniły mnie do nabycia SONY CDP295.
zdjęcie pochodzi ze strony www.hifidatabase.com

Zakup ten okazał się być przełomowy (dlaczego- okaże się trochę później), odtwarzacz służy mi do dziś.
Jeśli chodzi o ocenę tego sprzętu, to rekomenduje go na pierwszy a może i nawet docelowy odtwarzacz w waszych zestawach. Co prawda nie posiada on, jak większość sprzętów pierwszej generacji, systemu antywstrząsowego (przez co mogą zdażyć się przeskoki lasera na płycie, jeśli wystapią duże wibracje), ale nadaje się idealnie do domowego odsłuchu. Jego design jest delikatny, duży wyświetlacz z niebieskimi diodami pozwala na czytelną obsługę, klawiatura posiada funkcję wyboru ścieżki od 1 do 12 oraz ścieżki których numer można wprowadzic ręcznie.

Model nie jest szczególnie bogaty w dodatkowe funkcje, czego zaletą jest znikoma awaryjność.
Przełomowym odtwarzacz stał się dla mnie z jeszcze jednego powodu- stał się pierwszym elementem docelowej wieży hi-fi, jakiej złożenia podjąłem się niedługo po jego zakupie. Oparłem się od tego czasu (z małymi wyjątkami na marce SONY).

Po zakupie odtwarzacza CD zacząłem zastanawiać się nad kupnem innych segementów- trochę poprzez chęć podniesienia jakości odtwarzania pozostałych nośników, trochę poprzez to że nie pasował mi wygląd zestawu a przede wszystkim przez kolumienki głośnikowe od SANYO- dwudrożne, lekko płaskie i nadające się co najwyżej do odsłuchu radia. Do tej pory na zestaw wydałem 80 zł więc ostrożenie rozpocząłem poszukiwania od nowego wzmacniacza- oczywiście SONY. Jak mi poszło? O tym jutro.

Ostatnia kwestia tego odcinka, to MP3. Gdzie zgubiłem ten format? Mniej więcej w 2007 roku, otrzymałem swoj pierwszy i ostatni jak na razie odtwarzacz mp3 - Sandisk SANSA e100. Pamięć 1GB (olbrzymia jak na tamte czasy), doskonały equalizer, ładny srebrno biały design i bardzo dobre słuchawki douszne. Zasilanie odybwa się poprzez 1 akumulator AAA. Dziś używam go sporadycznie wraz z zestawem słuchawkowym Philips SHP 1900.
MP3 to rozwiązanie kompromisowe- wygodnie zabrać muzykę w tej formie na wycieczkę, czy wyciszyć się podczas jazdy tramwajem. W domowym zaciszu wole jednak odpalić analog.
To tyle. Ten poradniko- blog dotyczyć ma hi-fi a odtwarzacz mp3 nie wpisuje się nijak w ten wzorzec (przynajmniej dla mnie).

Miłego dnia i do przeczytania!



wtorek, 12 lutego 2013

Odcinek pierwszy - Skąd, po co i dlaczego?

Jo!

Jeśli tu trafiłeś, to albo przez przypadek, albo rzeczywiście szukasz informacji o tym jak rozpocząć przygodę z hi-fi za rozsądną cenę.

Odcinek pierwszy - Skąd, po co i dlaczego?

Kiedy w końcówce lat 90 ubiegłego wieku uświadomiony byłem już nieco muzycznie (za sprawą nieocenionego w tej kwestii rodzeństwa). Głównym nośnikiem jakim się posługiwałem były pliki w formacie mp3. Komputer jako maszynka do wszystkiego, sprawdzał się wiec idealnie jako domowe centrum muzyczne i tak zostałoby pewnie, gdyby nie wieża mojego Taty i wszechobecne w domu płyty winylowe i kasety. Te ostatnie wiodły prym wśród nagrań i bardzo szybko stały się jednym z moich ulubionych nośników, dzięki łatwości gromadzenia na nich "hitów" radiowych, a także dzięki wspaniałemu walkmanowi, który towarzyszył mi aż do 2007 roku, podczas szkolnych wojaży i pieszych wycieczek.

Wszystko zaczęło rozwijać się dynamicznie, wraz ze zmianą miejsca zamieszkania i wyjazdem na studia, kiedy doznałem niejako oświecenia muzycznego.
Początkowo wykorzystywałem starego boom-box marki grundig, który zawierał w sobie funkcję radia i kaseciaka- niemniej ta ostatnia z funkcji nadgryziona została zębem czasu i spirytusu salicylowego tak skutecznie, że nie sprawiało mi już tyle frajdy słuchanie muzyki płynącej z małej kasety. Kwestie dotyczące spirytusu salicylowego poruszę zapewne niebawem w gestii konserwacji kaseciaków, niemniej od razu zaznaczę- jeśli przyszło Ci do głowy by go użyć, do oczyszczenia głowicy magnetofonu- ZAPRZESTAŃ!

Wracając do wątku głównego- stary boom-box, żył ze mną w Krakowie przez jakiś czas, aż pewnej niedzieli wybrałem się na pchli targ by spotkać tam moją miłość- płyty winylowe. Od tamtego pamiętnego dnia, zacząłem gromadzić czarne talerze w ilościach hurtowych, nie zważając często na zawartość czy nawet ich stan. Oczywiście taka polityka doprowadziła szybko do przeciążenia moich zdolności magazynowania i rozpoczęcia stopniowego odchudzania kolekcji. Z tego co zostało powstała baza pod przyszłą kolekcję, budowaną od tego czasu z głową i przede wszystkim- gustem.

Kolekcjonowanie płyt winylowych, wiązało się oczywiście z potrzebą posiadania gramofonu, wszak już wtedy znany mi był suchar przekazywany sobie przez kolekcjonerów winyli:

Facet zaprasza dziewczynę do mieszkania, pyta o to czy napije się czegoś i wychodzi aby przygotować drinki. Dziewczyna ciekawie rozgląda się po pomieszczeniu i widzi wielką kolekcję płyt winylowych. Zachwycona pyta faceta:
- To Twoja kolekcja płyt winylowych?
- Tak, wspaniała prawda?
- Olbrzymia!- odpowiada dziewczyna
- Tak, jest tutaj ponad 1000 płyt! - odpowiada dumny z siebie kolo.
- Może więc posłuchamy którejś?
- Ale jak to posłuchamy, przecież ja nie mam gramofonu! - odpowiada zdziwiony koleś.


Oczywiście suchar nawiązuje do ludzi gromadzących płyty dla szpanu, których wciąż pełno tu i tam. Jeśli nawet posiadają oni odpowiedni do odsłuchu sprzęt, to najczęściej także wyłącznie na pokaz (oczywiście że to wynik stereotypów, zazdrości o możliwość posiadania kolekcji etc. ale naprawdę znam takich ludzi :).

Pierwszym gramofonem jaki zawitał w moim mieszkaniu, był poczciwy kombajn SANTANA 9010. Kombajn, czyli odtwarzacz, w którym umieszczono radio- tuner, używając poprawnej terminologi, kaseciak- deck oraz gramofon. Całość upakowana w całkiem ładna obudowę o układzie poziomym. sprzęt pochodził z początku lat 80, nigdy nie udało mi się ustalić dokładnych informacji, jako że odtwarzacz był totalnie niszową konstrukcją, stąd też póki co nawet zdjęcia nie zamieszczę.

Kombajn sprawował się jak na swój wiek nieźle. Pomimo tego że kaseciak był absolutnie zarżnięty przez wieloletnie użytkowanie, tuner analogowy nie był najdokładniejszy a igła gramofonu wytarła się już całkiem, sprawował się dobrze. Największym problemem był potencjometr programu- pokrętło służące do wyboru trybu odtwarzania, które cechowało się humorami- raz działało, raz było mono, raz stereo. Kiedy potencjometr (zapewne przez zabrudzenie) nie chciał już zupełnie ze mną współpracować podjąłem decyzję o zakupie innego sprzętu.

Taki wstęp powinien na dziś wystarczyć, jeśli chodzi o to co doprowadziło mnie do rozpoczęcia gromadzenia sprzętu hi-fi i jak najczęściej rozpoczyna się droga początkujących słuchaczy. Pisząc krótko- zaczyna się w bólu i kanale mono, starej winylowej płycie Kombi lub kasecie Abby. O ile nie macie nadwyżek kasy, zaczynacie kombinować tak jak ja.
Jak się to kończy? Różnie.
Moim celem jest naprowadzenie was na taką drogę która zminimalizuje największe trudności tak by nie zniechęcić was do tego sportu!

Ahoj i do następnego odcinka, gdzie dowiecie się gdzie w tym wszystkim zgubiły się CD, dlaczego mp3 nie jest dla mnie priorytetem i jak nie sprzedawać wieży SANYO!